NIE PLANY LUDZKIE, czyli GŁOS?

Każde życie ludzkie to droga, która ma swój początek i zmierza do konkretnego celu, mijając różne przystanki, skrzyżowania oraz mniejsze i większe zakręty. Tak też jest z drogą rozeznawania powołania kapłańskiego. Mogłoby się wydawać, że moja droga rozeznawania była dosyć prosta, bo zewnętrznie tak to wyglądało, ale w środku toczyła się walka ze samym sobą.

Biegnąc myślami do pierwszych chwil, kiedy zacząłem się zastanawiać nad kapłaństwem, to z pewnością była to klasa maturalna. Pamiętam rozmowę, jaką odbyłem z rodzicami. Zostałem zapytany wtedy, o to, jakie są moje plany na przyszłość, jakie studia, praca, czy mam dziewczynę … i padło również pytanie o Seminarium. I z podniesioną głową powiedziałem, że myślę nad kapłaństwem. Jednak moja głowa dosyć szybko się opuściła, kiedy usłyszałem, że jestem chyba jeszcze za młody, żeby podejmować taką decyzję, że może najpierw jakieś studia, praca. Poddałem się takim propozycjom. Studia zaoczne, praca, samochód, imprezy, wszystko, czego pragnie młody człowiek. Przez dwa lata było super, na trzecim roku studiów znowu usłyszałem pukanie w samym sobie i tym razem z dużą intensywnością pojawiły się  myśli o kapłaństwie. Im częstsze myśli tym częstsze imprezy, a wszystko po to, aby zagłuszyć głos. Jak się później okazało to głos Pana Boga, który pukał bym otworzył mu swe serce i odpowiedział na Jego zaproszenie. To był ciężki dla mnie czas, miałem ochotę rzucić studia, wszystko mnie denerwowało, dużo też płakałem po kątach. Nie wiedziałem co robić. Wielokrotnie rozmawiałem z księdzem wikariuszem, księdzem, który uczył mnie katechezy w szkole średniej, jednak potrzebowałem jakiegoś innego potwierdzenia. W tym okresie dosyć często nawiedzałem Jasną Górę i kiedy padając na kolana przed Matką Bożą w Kaplicy Cudownego Obrazu prosiłem, żeby mi pomogła w podjęciu decyzji, przy myślach o kapłaństwie nastawał spokój. To doświadczenie pokazało mi jak bardzo Matka Boża chce naszego dobra i spokoju, jak troszczy się o nas i chroni, ale też wskazuje. Stuprocentowy spokój zapanował dopiero, kiedy dowiedzieli się rodzice i ksiądz proboszcz.

Jedyne doświadczenie wspólnoty jakie mam to grupa ministrantów, w której byłem od I Komunii Świętej z pewną wyrwą czasową. Zawsze uderzała mnie dosyć mocno bliskość ołtarza. W kościele  najlepiej czułem się w prezbiterium. Do ołtarza przyciągali mnie również księża wikariusze pracujący w mojej rodzinnej parafii. Młodość, wierność Bogu i pobożność to ciężkie do połączenia współcześnie elementy, a dla mnie to był znak, że tak też można.

I kiedy pisałem podanie o przyjęcie do Seminarium, to zawarłem w nim takie oto słowa: „Chcę służyć Bogu i ludziom”. Wydawałaby się prosta motywacja do kapłaństwa, jednak dzisiaj z perspektywy czasu dostrzegam głębię tych słów, które teraz jak nigdy brzmią jeszcze wznioślej. Odkrywam też to, jak w przedziwny sposób się przenikają. A spójnik „i” jest konieczny. Służba Bogu i ludziom to przede wszystkim sakramenty, ale także ojcostwo duchowe, rozmowa z drugim człowiekiem i bycie z ludźmi, którzy z każdym dniem coraz bardziej potrzebują przewodnika na swojej drodze.

Myślę, że w kapłaństwie nie ma nic piękniejszego, jak dawanie siebie Bogu i ludziom. Ja w kapłaństwie chciałbym ofiarować z siebie wszystkie talenty jakimi mnie Pan Bóg obdarzył – gra na instrumentach, śpiew, kwiaty, a na pierwszym miejscu czas Bogu i człowiekowi.


al. Krystian Wieteska, rok V