Poezja PDF Drukuj Email
28.03.2008.

 

Autor wierszy: al. Paweł Twardowski.

Klikając na tytuł przejdziesz do danego wiersza.

 

 

Bajka o wieczności

Dawno, dawno temu przed wieków początkiem,
Gdy czas się szykował do długiej wędrówki,
Uniósł się pychą pewien Piękny Anioł…

Był najbliżej Boga i niósł Jego Światło,
Budził wielki podziw na Niebieskim Dworze,
Lecz zrzucił pokorę i wywołał wojnę…

Stanęły na chmurach dwie armie do walki,
Dwa wielkie sztandary: Miłości i Pychy.
I runął z niebios ów Anioł Buntownik…

Zamknięty w rozpaczy i gniewnym zapale,
Nie przestał walczyć, choć na zawsze poległ,
Przegrawszy wprost z Bogiem, ruszył na człowieka…

Kiedy czas pędził przez wieków przełaje,
Buntownik uwięził tłumy grzesznych ludzi,
Ale pewnej Nocy pękły bramy Piekieł…

Niebo z Ziemią złączył Człowiek-Bóg Wcielony,
Po ramionach Krzyża szły jeńców zastępy,
By z Otchłani mroku wstąpić na tron Światła…

Przegrał ów Buntownik z Bogiem i Człowiekiem,
Przebił strumień życia ognistą pieczarę,
Lecz Anioł Ciemności nie odłożył miecza…

Kiedy czas skończy wędrówkę przez wieki,
Wyruszy na wojnę Legion Zatracenia,
By w Miłość uderzyć szaleństwem Rozpaczy…

Rozbije Król Chwały szatańskie zastępy,
Wpadnie w morze ognia ów Anioł Buntownik,
I tam zamknięty przepadnie na wieczność…

Nie ujrzą już śmierci oczy Bożych Dzieci,
Powróci harmonia i zabrzmi Pieśń Nowa,
Nastanie Życie- wieczne i szczęśliwe…

 

Biały tren
(Słudze Bożemu Janowi Pawłowi II,
w pierwszą rocznicę śmierci poświęcam. )

Odszedłeś Ojcze kochany z tej ziemi nękanej burzami,
Ona do Ciebie wołała wszystkich swych krain ustami,
Krzyczała szałem żywiołów i cichym płaczem swych dzieci,
Ufając, że głos jej przez Ciebie szybciej do Boga doleci.

Ojczystej ziemi w swym sercu maleńki zrobiłeś zakątek,
W zakątku tym misja do świata odważny miała początek,
Tu kwiat się rozwinął kapłaństwa przez Święte Kolegium zerwany,
By był nim jak białą lilią Wieniec Piotrowy ubrany,

Chodziłeś pielgrzymie po świecie odziany w białą tunikę,
I każdym gestem wzbudzałeś w powietrzu łagodną muzykę,
Lecz tego dnia się zachwiałeś, wiatr arię czerwoną zaśpiewał,
Gdy kula ciało przebiła, Tyś Ojcze z godnością omdlewał.

Upadłeś jak sokół na ziemię człowieka ręką zraniony,
Lecz dłoń Najświętszej Panienki stała się tarczą obrony,
Podniosła Cię i objęła tuląc do serca z czułością,
A Ty się Jej cały oddając, ruszyłeś dalej z radością.

Twój głos jak biały gołąbek przyfruwał do serca każdego,
I wdzięcznym kwileniem rozbudzał nadzieję człowieka biednego,
Twój uśmiech dobroć wylewał na szorstką taflę sumienia,
I gładząc ją darmo rozdawał radosne chwile wytchnienia.

Mijały lata obfite, odnowy duch szedł przed Tobą,
I młode serca porywał, by były świata ozdobą,
Gdziekolwiek się pojawiłeś wzbierała fala radości,
By w tamę smutku uderzyć i wszystko zatopić w miłości.

Kroczyłeś odważnie swą drogą, a ona wiodła pod górę,
Na wąskiej ścieżce stał Chrystus odziany w męki purpurę,
Odpoczął na chwilę od krzyża chwytając się Twego ramienia,
Poszliście dalej w milczeniu, dźwigając skarbiec cierpienia.

Przed Wami drzwi światła na oścież zaczęły się nagle otwierać,
Ból przepadł bo światłu wiecznemu nie mógł się dłużej opierać,
I już stoicie na progu, jednego kroku potrzeba,
Podał Ci Chrystus swą rękę i wszedłeś Ojcze do nieba.

 

Bilet w jedną stronę

Ktoś się narodził, ktoś rozpoczął życie,
Nie wiedział wtedy że tak wiele ścieżek,
Czeka na wybór, zaprasza lub milczy…

Ktoś wybrał ścieżkę, bo nie mógł stać w miejscu,
Nie wiedział wtedy że wchodzi w labirynt,
W którym się biegnie już tylko przed siebie…

Ktoś biegł przed siebie, aż na chwile zwolnił,
Bo chciał się upewnić że biegnie właściwie,
Wstecz się obejrzał i nagle zatrzymał…

Ktoś się zatrzymał i myślą daleką,
Sięgnął do miejsca gdzie pierwszy raz wybrał,
I wiedział na pewno że już tam nie wróci…

Ktoś wiedział na pewno, że wrócić nie może,
Nie wiedział tylko czy chciałby się cofnąć,
Wzniósł oczy ku niebu i zaczął się modlić…

 

Czy wolno mi pytać?

Czy wolno mi pytać o właściwą drogę,
Na której serce nie zadrży z obawy,
I krok będzie pewny i mało zakrętów,
A słońce promieniem chłód wypali z duszy?

Czy wolno mi pytać o sens tego życia,
W którym od wieków trwa wyścig tajemnic,
I nie wiadomo gdzie meta króluje,
I czy w ogóle ktoś ją koronował?

Czy wolno mi pytać po co ta wyprawa,
Dlaczego nie wolno zatrzymać się w drodze,
Skąd jest ta pewność, że ktoś trzyma mapę,
I czy ta mapa prowadzi do skarbu?

Czy wolno mi pytać kiedy to się skończy
Kiedy dojdziemy skąd nas wypędzono,
Czy gdy staniemy przed bramą ogrodu,
Anioł ustąpi i miecz swój opuści?

Czy wolno mi pytać?... nie znam odpowiedzi…

„dzisiaj”

Myślę o przyszłości…
O tym co jutro, co za rok…
Wracam do wczoraj i przedwczoraj…
Rozliczam czas, planuję czas…
A dzisiaj…?
Z pociągu życia wypina się wagon „dzisiaj”
I dobrze…
Złączę „wczoraj” z „jutrem” i pojedziemy dalej…
Tak zrobiłem i … zniknęła przyszłość, zapomniałem o przeszłości…
Zostały tory… i ja sam…
Nie umiem iść piechotą…
„Nie musisz!- zawołał właściciel linii kolejowej- naprawiłem „dzisiaj”, które wykoleiłeś.
Jedź dalej, dopnij wagony z nową przeszłością. Nie goń jutra!
Przyszłość sama wyjdzie Ci naprzeciw.”
Teraz już wiem, że lokomotywą w pociągu życia musi być zawsze „dzisiaj”

Goniec wieczności

Czasu, który pędzi nie zatrzymuj w drodze,
Nie biegnij tez za nim w pośpiechu i trwodze,
Lecz utul na chwilę swego serca drżenie,
I wznieś w stronę nieba zadumy westchnienie.

Bo w kropelce rosy o poranku w maju,
W oddechu złapanym w jaśminowym gaju,
I muśnięciu wiatru na krawędzi cienia,
Odnajdziesz sens świata i źródło natchnienia.

Z krótkich chwil się składa długie tysiąclecie,
Wschód z zachodem słońca warkocz dziejów plecie,
Łańcuch ten Początek zwiąże kiedyś z Końcem,
I Czas do celu dotrze zwany Wielkim Gońcem.

Przyniesie wiadomość co widział na świecie,
Radości promienie czy smutku zamiecie,
I włożą na szalę Zła i Dobra ciężar,
Niewiasta zaś ważąc zmiażdży głowę Węża.

Imię Miłości

Jest wśród zamętu świata wichrowych zamieci,
Maleńki zakątek gdzie dusza oddycha,
Tam krople pociechy spływają na dzieci,
Zlęknione cierpieniem które w mroku czyha.

To miejsce spokojne, pachnące czułością,
Gdzie słychać słowiki śpiewające ciszą
I gdzie rosną lilie kwitnące radością,
A dźwięczny szept serca inne serca słyszą.

Zadajesz pytanie myśląc że to złuda,
Że nie ma na świecie tak słodkiej przystani,
Bo świat ten z szaleństwem przeplata obłuda
I człowiek zaszczuty umie tylko ranić.

Lecz trwa już od wieków maleńka kraina,
U boku Matki tulącej swe Dziecię,
Przy której się chroni człowiecza rodzina,
By ponad chmury wśród szczęścia ulecieć.

Ona w koronie z przejrzystych diamentów,
I płaszczu utkanym nicią codzienności,
Przychodzi ratując z ciemności odmętów,
Każdego kto wezwie imienia Miłości.

Bo tylko Jej imię odstrasza demony,
I tylko Jej dłonie kruszą mury cienia,
To Matka Miłości i Syn Jej Wcielony,
W świat ludzki przenoszą krainę marzenia.

Kiedy Bóg chodził po ziemi

Pewnego dnia przyszedł, wstąpił w ramy świata,
Ten który wiekom tempo biegu mierzył,
Którego ręka gwiazdy z nieba zmiata,
Stał się człowiekiem- ale kto w to wierzył?

Poszedł prostą drogą w głębię ludzkiej duszy,
Z dobrocią na twarzy wojsko barier mijał,
Przyniósł z sobą światło, które otchłań kruszy,
Zapukał do serca- ale kto Go przyjął

Rozgłaszał po świecie słowo pojednania,
Leczył słabość ciała ożywiając ducha,
Świadczył o Miłości większej od konania,
Mówił do każdego- ale kto Go słuchał?

Wypełnił proroctwo biorąc krzyż w ramiona,
On co na obłokach od Początku siedział,
Dał wybić żelazem na ciele znamiona,
Umarł Bóg na krzyżu- lecz kto o tym wiedział?

Nocą nie skończył Bóg ziemskiej wędrówki,
Ból i śmierć przyjął i klęski nie doznał,
Wziął oddech po męce i wyszedł z kryjówki,
Zmartwychwstały wrócił, ale kto Go poznał?

Tamci nie wierzyli…
Tamci nie przyjęli…
Wtedy nie słuchali…
Wtedy nie wiedzieli…
A gdy Dzień zaświtał, również nie poznali…
Czy to byli „tamci”… czy to było „wtedy”???

Modlitwa o pokorę

Ty jesteś wielki,
ja rosnę…
Ty jesteś mądry,
ja się uczę…
Ty jesteś dobry,
ja się staram…
Ty jesteś Bogiem,
ja człowiekiem…
Nie dopuść
Wielki
Mądry
Dobry
Boże,
abym kiedykolwiek pomyślał,
że Ci dorównałem…

Pragnąć czekając…

Czekasz na tę chwilę jedną z biegu zdarzeń,
Czekasz na to jutro wyrwane z przyszłości,
Czekasz na to dobro jak na owoc marzeń,
Lecz nie umiesz czekać w zbroi cierpliwości.

Pragniesz ujrzeć światło w labiryncie cieni,
Pragniesz znaleźć drogę wśród ślepych uliczek,
Pragniesz zdobyć siłę aby świat przemienić,
Lecz nie umiesz pragnąć i żądasz zaliczek.

Tęsknisz za bliskością serca dla swej duszy,
Tęsknisz za wolnością leczącą sumienie,
Tęsknisz za miłością która niebo wzruszy,
Lecz nie umiesz tęsknić jak polne kamienie.

Szukasz zrozumienia w oczach innych ludzi,
Szukasz przebaczenia by utulić serce,
Szukasz tego głosu, który ze snu budzi,
Lecz nie umiesz szukać pragnąc coraz więcej.

Tak szukając, tęsknić i pragnąć czekając,
Jest największą sztuką i losem człowieka,
Który na tym świecie chociaż wszystko mając,
Zawsze za czymś goni i przed czymś ucieka.

Dialog

- Jestem jednym z was…
- Ty? Nie znamy cię.
- Tak jak wy słyszałem głos…
- Przecież do Ciebie nikt się nie odzywa.
- Tak jak wy ruszyłem w drogę i szedłem razem z wami…
- Nie pamiętamy cię.
- Tak jak wy skręcałem w boczne drogi i wracałem razem z wami…
- Myśmy nigdzie nie skręcali.
- Tak jak wy nosiłem czarną zbroję i z Nim siedziałem przy okrągłym stole…
-Żaden z nas Cię tam nie widział.
- Tak jak Ty walczyłem z wrogiem światła…
- Nie było cię na placu boju.
- Upadłem tam, a wyście poszli dalej…
- Człowieku! Nie wiemy o czym mówisz!
- Wiecie, lecz się nigdy do mnie nie przyznacie…
- On bredzi.
- A ja zawsze będę jednym z was…
- To wariat!
- Waszym wyrzutem sumienia…

Gdyby wiedział


„Aż dotąd doszedł Bóg i zatrzymał się
o krok od nicości”
Jan Paweł II

Gdyby wiedział… gdyby wtedy wiedział…

Czy pozwoliłby wrócić tej myśli z dzieciństwa?
Czy milczałby, gdy jeszcze nie było za późno?
Czy nie walczyłby o coś, co mogło się udać?
Czy zamknąłby furtki i ruszył przed siebie?
Czy biegłby odważnie i doszedł aż dotąd?

„Dokąd?”- zapytał go Bóg- „Czy to tak daleko…?
Ja doszedłem dalej, aż tutaj, do ciebie…
Stanąłem przy tobie, o krok od nicości…
Tak blisko twych oczu, a ty wstecz spoglądasz…?”

Gdyby wiedział… gdyby wtedy wiedział…
Powtórzyłby wszystko… w tym wszystkim był sens…

Muza

Późnym wieczorem alejką w ogrodzie,
Szedł poeta, który natchnienie zatrzasnął w rozumie,
Szukał Piękna, co duszę unosi na skrzydłach,
I myśli przecina iskierką zachwytu,
Piękna, co płonie, ale się nie spala…
Patrzył w gwiazdy…
Nie widział…
Słuchał wiatru…
Nie słyszał…
Spotkał Muzę…
Zobaczył… usłyszał… odnalazł…

Myśl, która nie wraca

Przychodzi nagle, z mocą zaskoczenia,
Rozjaśnia umysł, niweczy granice,
Wskazuje drogę z krainy marzenia,
Tam, gdzie zwycięstwa tryskają krynice.

Jeden warunek tylko z sobą niesie,
By serce poznało siłę jej istnienia,
Nim zbudzi się strażnik i miecz swój podniesie,
Wzywając z otchłani wojsko zapomnienia.

Gdy rozum tej myśli w sercu nie zapisze,
Ufny w swą potęgę, dumny z wielkiej siły,
Ujrzy tylko ciemność i usłyszy ciszę,
A blask spełnionych marzeń pokryją mogiły.

To, co najważniejsze w każdej życia chwili,
Ukryte w zakątku, gdzie mniej znaczy więcej,
Choć myśl wskaże miejsce, rozum się pomyli,
Bo drogę przez labirynt pozna tylko serce.

Pierwsze "Nie"

Jedno krótkie słowo,
Wypowiedziane prosto w oczy,
Wykrzyczane ustami pychy,
Jedno krótkie słowo… nieodwołalne…

Pradawna wojna,
Toczona ponad światem,
Niszcząca jedność w duchowym stworzeniu,
Pradawna wojna… niezakończona…

Wielki upadek,
Tego, co światło na obłokach nosił,
Najpiękniejszego, który chciał być większy,
Wielki upadek… powracający…

Otchłań rozpaczy,
Gdzie mroki budzą i mówią dobranoc,
Skąd miłość uciekła, odeszła nadzieja,
Otchłań rozpaczy… bezpowrotna…

Była taka ciemność…

Była taka ciemność ,co nie była nocą,
Była taka światłość, co nie była dniem,
Był taki poranek, lecz nie był początkiem,
I był taki wieczór, który nic nie kończył…

Chodził ktoś w ciemności, ale wszystko widział,
Chodził ktoś w światłości, ale jakby ślepy,
Wstawał wcześnie rano, lecz nic nie zaczynał,
Chodził spać wieczorem, nie kończąc niczego…

Gdy zniknęły mroki, nie zobaczył światła,
Gdy rozbłysło światło, pozostał w ciemności
Ostatniego ranka nie wstał ze wszystkimi,
Wieczór dla niego miał trwać już na wieki…

Pytania bez odpowiedzi?

Kim jesteś?
Kim bywasz gdy nie jesteś sobą?
Kim jesteś kiedy wracasz do siebie?
Kim byłeś gdy nie byłeś sobą?
Kim jesteś zaraz po powrocie?
Kim się stajesz kiedy dłużej jesteś sobą?
Kim jesteś kiedy znów wychodzisz?
Kim jesteś kiedy się zmieniasz?
Kim jesteś człowieku?
Kim jesteś?

Zakurzona łza

Płynęła kiedyś piękna i przejrzysta,
Wyraźna taka, prawdziwa i czysta,
Pokryta stalową osłoną tęsknoty

Była tak ciężka, ostra, rozpędzona,
Płonąca smutkiem, żalem rozpalona,
Gotowa na wylot przebić ściany serca

Tak płynąc żłobiła bruzdy na policzkach,
Mówiła jak ciemno jest w ślepych uliczkach,
Śpiewała piosenkę o krzyczącej ciszy…

Z każdym dniem cichły niespokojne dźwięki,
Zagłuszał je szelest podawanej ręki,
Łza zaskoczona przystanęła w drodze

Tam już została bo została ręka,
Dłoń, dzięki której zbroja smutku pęka,
Spadły zwały kurzu zgniatające uśmiech

Twarzy rozjaśnionej prawdziwym uśmiechem,
Nie znalazły zgryzoty wracające echem,
Wspomina je tylko ta łza zakurzona…

 

Pieśń popiołu

Wyrwany z kształtu i piękna stworzenia
Wysypany w nieszczelne granice bezładu
Wypalony z tego czym byłem wśród żywych
Ja proch bezszelestny szeptem do was wołam

Szarą pieśnią nazwijcie to moje wołanie
Szarą ale barwną kolorami cieni
Pieśnią bez refrenu – cała jest refrenem
Powstaje i ginie potem znów powstaje…
Koło początku toczy się bez końca
Choć niejeden koniec napotyka w drodze

Melodia uboga lecz z bogactwem dźwięków
Wysokich i niskich w taktach popielatych

Zaśpiewam moja piosnkę z lekkością powiewu
Który nazwał ktoś kiedyś tchnieniem życia w raju
Ktoś nazwał lecz Ktoś inny tchnął ten powiew we mnie
I odtąd będąc prochem już nie byłem prochem
Śpiewałem swą piosenkę i byłem szczęśliwy
A w tym szczęściu płaczu i śmiechu nie brakło

Pewnego dnia Dyrygent dał znak taki dziwny
Zatrzymał melodię… a pieśń poszła dalej…
I trwa teraz bezgłośna tylko wy widzicie
Jak śpiewam w martwej ciszy sam siebie nie słysząc

Nie jestem smutny choć się nie uśmiecham
Smutek się nie wedrze na mój koncert szary
Bo zbliża się finał który wstrząśnie prochem
I wzbije w powietrze tumany bezkształtne
Które się zamienią w złociste przestworza
I pieśń wyciszona która nie zamilkła
Wystrzeli melodią jak feniks z popiołów

Ja wtedy i wy wszyscy którzy mną będziecie
Z prochu powstaniemy lecz nie tak jak dawniej
Po tym przebudzeniu nie zaśniemy więcej…

Zwykły dzień?
Nie znamy dnia, nie znamy godziny,
Ta chwila zapisana szyfrem tajemniczym,
I żadna myśl w ciele ulepionym z gliny,
Równania przyszłości żyjąc nie obliczy…

Wczoraj zniknęły za ścianą wieczności,
Chwile wstrzymujące rydwany ogniste,
I dziś nie trzymane hamulcem miłości,
Powiozły dusz szereg w obłoki przejrzyste…

Niektóre z uśmiechem w podróż wyruszyły,
Inne niepewne, co jest za Granicą,
Jeszcze innym oczy z tęsknoty utkwiły,
W ziemi, z której zostali wyrwani z kotwicą…

Z nurtem wieczności dzień taki przypłynie,
Który , jak każdy, wraz ze słońcem wstanie,
Dla wielu dzień zwykły, kolejny jedynie,
Dla kogoś przyniesie ze światem rozstanie…

Czy biegnąc przed siebie w wyścigu donikąd,
Pamiętasz, że kiedyś twój dzień zwykły przyjdzie…?

 

Monolog
Jak Cię opisać, zaśpiewać, malować?
Jak o Tobie mówić? Mówić o Tobie?!
Mówić milczeniem…
Milczeniem wyrazić tysiąc słów niezbędnych.

Jak Ciebie słuchać, jak Twój głos rozpoznać?
Jak Cię usłyszeć, skoro wszyscy krzyczą?
I każdy ma rację – przynajmniej tak mówią…
Słuchać Milczącego…
W milczeniu usłyszeć siłę Twego głosu.

Jak Cię zobaczyć, gdy nikt Cie nie widział?
Jak Ci spojrzeć w oczy i twarz tajemniczą?
Jak patrzeć na Ciebie?! Jesteś niewidzialny…
Spojrzeć na człowieka…
I w każdym człowieku dostrzec Twoje oczy
I twarz taką samą, choć w tysiącu twarzy.

Gdy już o Tobie mówię, słyszę Cię i widzę,
Jak iść za Tobą? Przecież mnie wołałeś…
Jak ruszyć z miejsca próbując dogonić?
Dogonić ideał?! A może wyprzedzić?
Niektórzy wyprzedzili – przynajmniej tak mówią…

A ja idę wolno… bo kiedyś słyszałem,
Że Ty powolutku wchodziłeś na górę…

Gdzie kwitnie dusza…

Choćbym się znalazł w najpiękniejszym miejscu,
Gdzie każde spojrzenie rodzi czysty zachwyt,
I potrafi zmiękczyć serce barbarzyńcy,
Sprawić, ze kamień zakwitnie przydrożny.
Gdzie powietrze śpiewa melodię przeszłości,
Jakiej dziś nie zanuci nawet jeden oddech,
Gdzie lśni piękno Boga i geniusz człowieka,
Potęga i lekkość tańczą w jednym rytmie,
I bawią się mity na balu historii…

Choćbym to widział i tańczył z mitami,
Zachwycał się pięknem i podziwiał geniusz,
Słuchał melodii, rwał kwiaty z kamieni,
Czuł jak mięknie serce zroszone zachwytem,
Nie będę szczęśliwy, bo to obca ziemia,
Choć piękna – nie moja…
Dusza kwitnie tylko w ojczystym ogrodzie…

Coś czy nic?

Między bielą a czernią,
Między światłem a cieniem,
Między prawdą a kłamstwem,
Między śmiechem a płaczem,
Między dobrem a złem,
Między życiem a śmiercią,
Między słowem a ciszą…
Pustka?
Nie…
Tajemnica…