NIE PLANY LUDZKIE, czyli WYBÓR?

„W lekkim powiewie przychodzisz do mnie, Panie (…) ” – myślę, że słowa tej piosenki religijnej najlepiej oddają to, w jaki sposób Pan Bóg mówił do mnie i zachęcał mnie do wejścia na drogę powołania kapłańskiego. W moim życiu nie było żadnych spektakularnych wydarzeń, które wpłynęłyby na powołanie: jakiegoś objawienia, nawrócenia, cudu, itp. Nic z tego. Po wielu latach widzę, że Pan działał stopniowo, powoli, ale konsekwentnie. Po I Komunii św. moja pani katechetka zachęciła mnie, bym został ministrantem. Tak też się stało. Początkowo uczestniczyłem we Mszach św. tylko w niedziele i święta, z czasem zacząłem na nie chodzić w weekendy, kiedy miałem więcej czasu wolnego od obowiązków szkolnych.  W wakacje codziennie bywałem w kościele. Starałem się też nie opuszczać nabożeństw takich jak: majowe, różańcowe, Droga Krzyżowa, Gorzkie Żale. Była to dla mnie wielka radość, że mogę służyć tak często Panu Jezusowi przy ołtarzu. Jako ministrant pomagałem też księżom, panu kościelnemu przy różnych pracach na rzecz parafii. Zawsze czyniłem to z chęcią i dawałem z siebie wszystko, by dana praca była wykonana jak najlepiej. To właśnie dzięki temu nauczyłem się wielu praktycznych rzeczy z różnych dziedzin, które do dziś wykorzystuję i mam nadzieję, że będę z nich korzystał w kapłaństwie. Będąc przez 10 lat w Liturgicznej Służbie Ołtarza byłem bliżej księży, którzy duszpasterzowali w mojej parafii, czy też innych. Spotykałem ich także w szkołach, podczas różnych wydarzeń. Każdy z nich reprezentował sobą coś innego, miał inny charakter, osobowość, styl pracy. Kapłani byli dla mnie zawsze jakimiś autorytetami, darzyłem ich szacunkiem. Jednych podziwiałem za piękne kazania, pobożnie sprawowane Msze św., sakramenty, drugich za bardzo dobry kontakt z ludźmi, katechezy, wspaniale organizowane pielgrzymki, wyjazdy, a jeszcze innych za troskę o świątynię, parafię, za ich gospodarność. Wszyscy ci księża wnieśli swoją cząstkę w budowanie mojego powołania, sprawili, że zapragnąłem stać się jak oni – posłani, by służyć Bogu i ludziom. Lata mijały, a we mnie narastało pragnienie bycia księdzem. Służba przy ołtarzu, bycie bliżej Kościoła, parafii, to wszystko powodowało, że myśl o kapłaństwie stale mi towarzyszyła, mniej lub bardziej.  Nie mogę określić dokładnego momentu, w którym ono się pojawiło. Jak już wspomniałem, nie było w moim życiu żadnego szczególnego zdarzenia, które przesądziłoby o drodze powołania. Mogę tylko powiedzieć, że w czasach liceum dotarło do mnie, że wiara katolicka to nie jakaś tradycja, coś sentymentalnego, wspominanie przeszłości. Wiara jest to coś żywego, to kontakt z prawdziwym Bogiem. Zacząłem też wtedy czytać Pismo Święte uważniej, zwracając większą uwagę na to, co jest w nim zawarte, szukałem w nim odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Biblia przestała być dla mnie wtedy jakąś zwykłą księgą historyczną, ale stała się pomostem do spotkania z Bogiem. Nadszedł wreszcie czas matury i wybór dalszego kierunku kształcenia. Przez lata ten moment był dla mnie czymś tak odległym, fantastycznym, że prawie nie myślałem o nim, nie przejmowałem się jak to wszystko się potoczy, jak to będzie. Im jednak było bliżej egzaminów, wyboru studiów, mój niepokój wzrastał. Pytałem się siebie: „Jaką drogę wybrać: iść na zwykłe studia, czy do seminarium?” Dzieliłem się też moimi wątpliwościami z Panem Bogiem, prosząc, by dał mi siły do podjęcia odpowiedniej decyzji. Z nikim jednak na ten temat nie rozmawiałem, to była taka tajemnica między mną a Bogiem. Nawet, gdy ktoś mnie pytał, na jakie studia się wybieram, to moja odpowiedź brzmiała: „Jak zdam maturę i otrzymam wyniki, to wtedy zobaczymy”. Mimo tych wszystkich niepokojów, wątpliwości, wymijających odpowiedzi, w głębi serca czułem, że po zdaniu matury pójdę do seminarium. 

Kiedy ostatniego dnia czerwca otrzymałem świadectwo maturalne, musiałem podjąć męską decyzję. Zdecydowałem, że wstąpię do seminarium radomskiego. Nazajutrz udałem się do księdza proboszcza, aby powiedzieć mu o moim wyborze, a dopiero następnego dnia o tym zamiarze dowiedzieli się moi rodzice. Do tej pory pamiętam, ile musiałem włożyć siły, odwagi, zaufania Bogu przy podjęciu takiej decyzji i powiedzeniu o niej najbliższym osobom.

Jestem już na III roku w WSD w Radomiu i po 2 latach od podjęcia decyzji o wstąpieniu do seminarium nie żałuję jej. Nie wiem, jak potoczy się moje życie za rok, za dwa, za pięć lat. Ale wiem, że wszystko jest w rękach Boga, który zaprosił mnie na drogę powołania kapłańskiego. Pragnę, by moje kapłaństwo przynosiło owoc, o którym mówi Jezus w Ewangelii wg św. Jana: „Abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał”. Chcę, poprzez bycie księdzem, pokazać ludziom Boga, przyprowadzić ich do Niego, aby mogli Go spotkać w sakramentach, przede wszystkim w Eucharystii i spowiedzi, a także w Jego Słowie. Pragnę, by człowiek, którego Pan postawi na mojej drodze, uświadomił sobie, że Bóg nie jest Kimś dalekim, ale jest z nami; że to, w co wierzymy, to nie żaden mit, bajka, fikcja, ale coś realnego, rzeczywistego, coś, czym mamy żyć na co dzień. Takim właśnie chciałbym uczynić moje kapłaństwo i to jest moja motywacja do bycia księdzem. Kapłaństwo to także ofiara z siebie dla Pana Boga i ludzi. Dlatego chciałbym w mojej posłudze ofiarować innym to, czym Stwórca mnie obdarzył, a więc moje talenty, zdolności, zdrowie, czas. Czasem nie doceniamy tego, co mamy, dopóki nie zetkniemy się z ludźmi, którzy nie posiadają tego, co my i potrzebują, abyśmy się z nimi tym podzielić. Moim pragnieniem jest  przede wszystkim to, aby poprzez moje życie i czyny Bóg był we wszystkim uwielbiony.


al. Patryk Korcz, rok III