„Upały? Nawet lubię!” Rozmowa z ks. Marcelim Prawicą, misjonarzem w Zambii pochodzącym z naszej diecezji

 

Zacznijmy Ojcze od tego, jak to się wszystko zaczęło. W którym momencie swojego życia powiedział Ojciec: jadę na misje?

Był kiedyś taki film wyświetlany w seminarium sandomierskim „Żniwo w Rodezji”. Mówił o misjach w dzisiejszej Zambii, ale nie było to decydujące. Już za mną to chodziło.

Po czterech latach kapłaństwa nosiłem się z takim zamiarem, aby udać się do jakiegoś kraju na terenach misyjnych. Chciałem dzielić się Ewangelią z tymi ludźmi. To narastało, więc zwróciłem się do ks. bp. Piotra Gołębiowskiego, ale on nie przejawiał takich chęci. Za każdym razem mówił: „Ja bym sobie życzył, żeby ksiądz poszedł na KUL, ukończył teologię moralną i zajął moje miejsce w seminarium”.

Ja wtedy miałem kontakt z ks. Marcinem Popielem – wspaniały człowiek! Wywarł on wielki wpływ na moje późniejsze kapłańskie życie.

Powiedziałem wtedy księdzu biskupowi, że na KUL to trzeba wysyłać ludzi mądrych, a nie mnie. Ja wolę zostać, pracować z robotnikami i uczyć dzieci. I nie pojechałem.

Później dowiedziałem się o encyklice Fidei Donum z 1957 r., w której papież Pius XII mówi wyraźnie, że księża diecezjalni powinni wyjeżdżać na misje. Gdybym ja o tym wiedział wcześniej, to bym pojechał, bo dla sługi Bożego bp. Piotra Gołębiowskiego Pan Bóg był najważniejszy, a potem Matka Najświętsza i papież, więc nie mógłby mi odmówić. Po kolejnych czterech latach bp Piotr Gołębiowski powiedział: „nie chcę się sprzeciwiać może Duchowi Świętemu”.

Czy Afryka była pierwszym wyborem?

Nie. Ja chciałem jechać do Brazylii. Tam dostałem zaproszenie od biskupa, który miał polskie korzenie i tam miałem jechać.

Skąd zatem ta zmiana planów?

W tym czasie pojawił się w Warszawie abp Lusaki ks. Emmanuel Milingo, a ja zgłosiłem się wtedy do powstałego biura misyjnego. Tam zapytali mnie, czy zgodziłbym się pojechać nie do Brazylii, ale do Zambii. Pomyślałem, że jeżeli taka jest potrzeba, to nie ma problemu.

Jak wyglądały przygotowania do wyjazdu?

Pamiętam, był 15 października 1971 r. Było to we wspomnienie św. Teresy Wielkiej. Padał wtedy taki ogromny śnieg… I wylądowałem w Londynie, gdzie miałem się uczyć angielskiego.

Jeszcze w czasie przygotowania do wyjazdu pojechałem do parafii Swindon na pogrzeb ks. Stanisława Borka. Jest to polska parafia. Zostałem wtedy poproszony o to, by zostać w Swindon dopóki nie znajdzie się inny ksiądz. Zgodziłem się, ale postawiłem warunek: gdy znajdzie się jakiś ksiądz na proboszcza ja odjeżdżam do Zambii. Byłem tam dwa i pół miesiąca i to było dla mnie błogosławieństwem. Ta parafia jest tak żywa. Do dziś wspierają materialnie misje. Bez ich pomocy ciężko byłoby się utrzymać. Jest w tej parafii zwyczaj, że przed pogrzebem siedzi ktoś przy drzwiach i pieniądze zamiast na kwiaty przeznaczają na misje w Zambii.

Jak wyglądał początek w Zambii?

W maju przyjechałem do Lusaki, uczyłem się nadal angielskiego, a potem poszedłem na kurs języka „czibamba”. Pierwsze trzy lata byłem w Kabwe w parafii Świętej Trójcy.

Następnie trafiłem do Chingombe. Jezuici, którzy zakładali misje w 1914 r. poinformowali biskupa, że odchodzą z tego miejsca i tak się stało 8 grudnia 1975 r. Na zebraniu dekanalnym arcybiskup zapytał: Co robimy? Zamykamy misje w Chingombe? Ja wtedy odparłem: Po co zamykać. Ja tam pójdę. Jezuici poszli do Kabwe, a ja do Chingombe.

Jak wyglądało tam życie, gdy Ojciec przybył?

Zacznę od tego, że wyraz „chingombe” oznacza „wielką krowę”. Było tam wiele zwierząt hodowlanych. Zwoziło się drzewa z gór, woły je przyciągały. Niestety przyszła mucha tse-tse i wybiła wszystkie domowe zwierzęta. Trzeba sobie radzić bez nich.

Przyszedłem do Chingombe 17 stycznia 1976 r., a w kolejnym miesiącu przybył emerytowany abp Adam Kozłowiecki, późniejszy kardynał. Emerytowany, ponieważ zrezygnował z funkcji, aby zastąpił go Zambijczyk.

Jak wyglądały początki pracy duszpasterskiej?

Misja nie była nowa, nie zaczynałem od zera. Istniał już Kościół: była świątynia, rada parafialna i organizacje. Ja wiedziałem, że nie należy zaczynać od nowa po swojemu. To byłoby głupotą. Wykorzystałem to, co już istniało. Trzeba było tylko wejść w sandały jezuitów.

Jaka jest wielkość tej misji, którą Ojciec prowadzi?

Jest to 38 stacji, niektóre są rozwinięte, inne zaczynały od zera. To ogromny teren, nawet do 300 km. Często trzeba było chodzić na pieszo od stacji do stacji, ale było nas dwóch i chodziliśmy – ja i arcybiskup. Po trzynastu latach abp Kozłowiecki został wezwany do Lusaki, wszyscy bali się o jego zdrowie. Gdy miał ponad 80 lat został kardynałem. Ojciec Święty Jan Paweł II sięgnął do tych najmniejszych spośród komandosów na pierwszej linii i ustanowił go kardynałem…

W testamencie napisał, że chce być pochowany w Chingombe. Mówił, że jeśli go tam pochowają, to bez względu na wszystko nie zamkną misji. Mówił, że nie zostawią przecież grobu arcybiskupa bez opieki, ale po dłuższym zastanowieniu zmienił wolę i nakazał, by pochowano go tam, gdzie będzie najwygodniej, więc pochowano go w katedrze w Lusace.

Jakie trudności można napotkać w prowadzeniu misji?

Ja mam dużą łatwość w nawiązywaniu kontaktów z ludźmi wiec z tym nie mam trudności. Upały też nigdy nie były dla mnie problemem, nawet je lubię. To, że czasami po kilka dni chodziłem głodny, to było błogosławieństwo. Ksiądz, który nigdy nie był głodny, nie cierpiał, nie zrozumie potrzebującego człowieka. Poznanie tego z autopsji pomaga, wtedy jest łatwiej. Wtedy, gdy upominam, to ludzie wiedzą, że to dla ich dobra. Muszą mieć lepsze pola, czyste wioski, nie mogą prać w rzece, z której piją wodę. Zachoruje ktoś od złej wody i idzie do szamana pytać się, kto zaczarował, skąd ta choroba: „Ty jesteś tym czarownikiem. Jakbyś zachował czystość, to byłbyś zdrowy”.

Wiem, że raz Ojciec otarł się niemal o śmierć…

Wracałem do misji z parafianinem i dwoma Amerykankami. Jedna dopiero przyjechała ze Stanów, druga pracowała w Korpusie Pokoju. Na górskiej drodze leżały kamienie, gdy chcieliśmy wysiąść, aby je odrzucić, padł strzał. To była zasadzka. Kula trafiła w moje siedzenie, a następnie przebiła bak. Kilka centymetrów wyżej a trafiłaby we mnie. Myśleli, że wieziemy worki dolarów a mieliśmy trochę ziemniaków. Zabrali samochód i odjechali. Przy takich napadach najniebezpieczniejsze są gwałty na kobietach, ale oni tylko zabrali wszystko i pojechali. Wysłałem wszystkich do misji, sam zaś zostałem na drodze. Po jakiejś godzinie jechał do misji samochód. Kierowca Emanuel wiedział, że coś się stało, bo widział mój samochód, a w nim obcych ludzi. Mówię do niego: Jedź do misji, weź po drodze trzy osoby, które idą do misji, wyładuj transport, weź mój karabin i jedziemy za nimi, może odbierzemy im samochód. Trwało to trzy godziny, ale pojechaliśmy za nimi. Gdy tak siedziałem na drodze modliłem się: „Matko Boża nie daj im tego samochodu do następnych bandyckich napadów”. No i nie użyli go, bo znaleźliśmy samochód leżący na dachu, bardzo rozbity z przestrzelonym bakiem. Złodzieje uciekli. Prawdopodobnie mieli wypadek.

I to jest realne zagrożenie. Ludzie często myślą, że tam w buszu to tylko węże wszędzie i krokodyle. Są, zdarzają się wypadki, że wąż kogoś ugryzie, ale rzadko, trzeba po prostu uważać. Ja bardzo lubię węże, nie pozwalam ich zabijać bez potrzeby, lepiej ich nie niepokoić.

Co najlepszego spotkało tam Ojca?

Był wtedy głód. W czasie liturgii jest procesja z darami, są to płody rolne dla księdza: jakieś dynie, kukurydza itp. I przychodzi kobieta, czworo dzieci koło niej, i przynosi pół dyni. Mówi: pół dyni dla ciebie ojcze, i pół dla mnie i moich dzieci, tylko to nam zostało. Słoń albo bawół zabił jej męża podczas polowania. Normalnie chciałoby się powiedzieć: weź tę całą dynię i zjedz z dziećmi, ale nie wolno tak. Dar jest w tej kulturze rzeczą świętą i nie można go nie przyjąć. Bardzo bym ją tym obraził, więc przyjąłem, a po Mszy Świętej, jako że miałem ze sobą karabin, poszedłem parę metrów w głąb buszu i ustrzeliłem dzika, ludzie go przyrządzili, upiekli i wszyscy razem zjedli.

Jaki jest obecnie największy problem tych terenów?

Susza. Od czterech lat pora deszczowa jest bardzo słaba. Na ziemię w tej porze spada tylko 30 procent tego, co było wcześniej. Ziemia się wysusza i zmniejszają się plony. Dlatego proszę o modlitwę, o deszcz, bo jeśli nie spadnie w tym roku dobry deszcz to będzie bardzo ciężko. Wysychają nawet strumienie.

Jakieś plany na przyszłość?

Ja, mój kochany, mam już 75 lat i moje życie zbliża się ku zachodowi, a w Zambii zachód słońca nadchodzi szybko, ale cieszę się, że jeszcze się trzymam i daję radę nawet, gdy trzeba 18 godzin dziennie spędzić w samochodzie.

Teraz myślę często o tym, by zabezpieczyć utrzymanie temu, kto przyjdzie tam po mnie. Bogu dzięki w diecezji radomskiej jest coraz więcej powołań misyjnych. Ja osobiście uważam, że każdy jest powołany do misji. W Zambii nie mamy wielu powołań.

I mam takie przesłanie dla ciebie: Przyjedź na misje. Cieszę się, że ks. Piotr Popis przygotowuje się do wyjazdu w Centrum Formacji Misyjnej i przyjedzie do Zambii. A ty kochany jak odpracujesz w diecezji za kaszę w seminarium, to wybierz się tam na parę lat, żeby posłużyć temu Kościołowi.

Minęła niedziela misyjna i cieszę się, że jest to pokazywane, że Kościół jest misyjny.

Dzisiejsza cywilizacja nie pracuje dla Kościoła. Cywilizacja śmierci, laicyzm, agresywny ateizm, zmiany kulturowe powodują, że dużo odchodzi i jeszcze odejdzie z tych, którzy w rzeczywistości nigdy nie byli chrześcijanami. Natomiast te młode ruchy w polskim Kościele są, tak myślę, przyszłością. Bo ludzie, którzy nie przeżyli wiary mogą ją utracić i zastąpić czymś innym. Dlatego misje ewangelizacyjne są potrzebne na całym świecie, nawet tam gdzie wydaje się, że wszyscy słyszeli o Chrystusie.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał al. Rafał Mierzejewski.

1