„Nie zmarnujcie ani jednego dnia w seminarium. Idziecie na spotkanie z Goliatem, uzbrojonym po zęby, musicie być dobrze przygotowani” – mówił ks. prał. Marceli Prawica w kazaniu wygłoszonym do kleryków w kaplicy seminaryjnej. Nikt nawet nie drgnął, wszyscy z uwagą, niczym w hipnozie, wsłuchiwali się w słowa wielkiego misjonarza, goszczącego od niedawna w naszym seminarium. Przyjechał, jak sam powiedział, do domu. I jak przystało na rodzinny dom nikt tu nie mówi do niego inaczej niż „Ojcze”.

 

Ksiądz Marceli Prawica od ponad czterdziestu lat prowadzi pracę misyjną w Zambii. Urodził się w 1939 r., święcenia kapłańskie przyjął w 1963 r. w Sandomierzu z rąk bp. Jana Kantego Lorka. W ubiegłym roku obchodził złoty jubileusz kapłaństwa, odwiedził go wtedy w jego misyjnej parafii pasterz naszej diecezji bp Henryk Tomasik. Od 1972 r. mieszka w Chingombe, w środku afrykańskiego buszu. Ukochał to miejsce i tych ludzi, i do Polski przyjeżdża rzadko, przede wszystkim dla podreperowania zdrowia. „Mam tam miejsce przygotowane pod drzewem” – mówił wczoraj do radomskich kleryków. W 2007 r. omal nie zginął, gdy podczas przejazdu samochodem został ostrzelany przez bandytów, a kula o włos ominęła jego siwą i zatroskaną o parafian głowę. O warunkach, w jakich na co dzień pracuje misjonarz, miał okazję przekonać się ks. Józef Krasiński, jego nauczyciel z sandomierskiego seminarium, gdy go odwiedził w Afryce. Po kilku godzinach podróży z lotniska przez afrykański busz mocno już wytrzęsiony na wyboistej drodze wiekowy profesor obawiając się, że nie dojedzie żywy do Chingombe, zobowiązał swojego ucznia do spalenia ciała i przesłania prochów w słoiku do Sandomierza. Później wyraził przekonanie, że misjonarz swoją pracą prowadzoną w tak ciężkich warunkach gromadzi sobie już za życia materiał do beatyfikacji.

Msza święta w radomskim seminarium jest nieodłącznym punktem programu każdego pobytu ks. Prawicy w Polsce. Tym razem kapłan przyjechał do kraju po odbiór statuetki „Serce bez granic”, przyznawanej osobom zasłużonym dla misji. Spotkanie z klerykami zostało zaplanowane na 9 października. Prawie dwie godziny przed Mszą świętą do kaplicy przyszli dyżurujący alumni, by coś tam jeszcze posprzątać. Zastali już ks. Prawicę i rektora przy brewiarzach. Nikt nie śmiał przerywać ciszy włączając odkurzacz. Po jakimś czasie, gdy widać było, że gość nie zamierza opuścić kaplicy, pojawił się ks. prof. Marek Jagodziński, zaniepokojony o misjonarza, któremu zawsze z oddaniem pomaga podczas pobytu w Polsce. Wyrwany ze skupienia ks. Prawica klękając w ławce upuścił brewiarz, z którego wysypały się notatki i obrazki. Wszyscy rzucili się, by je pozbierać, i wtedy klerycy mogli na własne oczy zobaczyć zaczytany i wypalony przez słońce brewiarz ks. Prawicy. Jego wezwanie wypowiedziane później w kazaniu, by nie zaniedbywać modlitwy i nauki, nabrało przez to waloru świadectwa. „Tego uzbrojonego Goliata walczącego z Kościołem można pokonać. Pan Jezus obiecał, że bramy piekielne nie przemogą Kościoła. Wam będzie już trudniej niż nam, ale nie bójcie się! Wszyscy będziemy musieli zdać egzamin z naszej wiary” – mówił ks. Marceli Prawica. On już ten egzamin zdał i to nie raz, dobrze więc wiedział, co mówi. Alumni wspólnie z profesorami i ojcami duchownymi modlili się w intencji wszystkich misjonarzy pochodzących z naszej diecezji i o nowe powołania do pracy misyjnej. Ksiądz Prawica po krótkim pobycie w kraju powróci do swojej parafii w Zambii.

 

5